Było sobie Once Upon a Time

Posted: wtorek, 15 maja 2012 | | Etykiety: , , , 0 komentarze
Po obejrzeniu finałowego odcinka Once Upon a Time jednego jestem pewna - nic się w moim podejściu do tego serialu nie zmieniło. Jest drętwy, sztuczny i wkurzający, ale intrygujące ciekawostki w fabule nie dają mi zrezygnować. I na razie wcale się na to nie zapowiada. Cliffhanger kupił mnie na drugi sezon.

Dwuczęściowy finał nie zrobił na mnie specjalnego wrażenia. Ot, zamknął prawie wszystkie wątki przewijające się przez całe 22 odcinki - niektóre zbyt pospiesznie, niektóre zbyt niedbale, niektóre w ogóle - ale na pewno wzbudził we mnie ciekawość na ciąg dalszy. Jeżeli jednak w dalszym ciągu będzie w tak koszmarny i toporny sposób próbował zmusić widzów do uwierzenia w magię - razem najbardziej koszmarną i toporną główną bohaterką, jaką kiedykolwiek w serialach widziałam - to w dalszym ciągu pozostanie serialem, z którego bardziej będę się śmiać niż go doceniać.

[Uwaga na spoilery] W drugiej połowie sezonu było kilka momentów, które wołały o pomstę do nieba. Przede wszystkim to rozwiązanie tajemnicy nienawiści, jaką Zła Królowa żywi wobec Śnieżni. Cóż tak okropnego mogło się stać, że kobieta zabiła nawet własnego ojca, by zemścić się na winowajczyni? Otóż Śnieżka, mała dziewczynka mająca może siedem albo osiem lat, w dziecięcej wierze i naiwności - i nie bez pomocy podstępnej czarownicy - zdradziła sekret Reginy, przyczyniając się do śmierci jej prawdziwego ukochanego. W efekcie Regina - młoda, dorosła kobieta - poprzysięgła okrutną zemstę na małej dziewczynce, która nie zdawała sobie nawet sprawy, że była tylko pionkiem w na szachownicy pozbawionej sumienia wiedźmy. To taki moment w tym serialu, w którym szczerze zastanawiałam się, który ze scenarzystów uderzył się w głowę, gdy był małym dzieckiem. Zemsta na małej dziewczynce? Serio? I to nie byle jaka, ale rozdzierająca niejedne rodziny, łamiąca niejedne serca i niszcząca na prawo i lewo niejedno szczęście? Słabość, słabość, i po trzykroć słabość. Nawet jak na bajkę nie jestem w stanie dostrzec w tym wątku ani grosza prawdopodobieństwa - nie bez solidnego pójścia na ustępstwa, przymrużania oczu i ponownego wbijania sobie do głowy, że po Once Upon a Time jednak za wiele spodziewać się nie można.

A wrażenia w trakcie sezonu wrastały prawie z odcinka na odcinek. Większość, co prawda, nie wprowadzała do fabuły żadnych kluczowych wydarzeń - aresztowanie Mary Margaret, jej rozstanie z Davidem i śledztwo w sprawie Reginy w zasadzie niczego w serialu nie zmieniły, poza dalszym zarysowaniem nikczemności Królowej i dalszą ślepotą Emmy - ale całkiem przyjemnie oglądało się kolejne historie o poszczególnych mieszkańcach Storybrooke. Co rusz zaskakiwały mnie nowe pomysły wywracające do góry nogami znane baśniowe wątki. Najbardziej urzekła mnie wesoła mieszanka o wilkołaczej naturze Czerwonego Kapturka i zrobienie ze Śnieżki podstępnej pogromczyni radosnych, śpiewających ptaszków. Podobał mi się również wątek pomiędzy Belle a jej bestią - i tak widoczne nawiązania do disneyowego klasyka, jak tylko się dało. Te mash-upowe przekręty to dla mnie jedna z największych zalet Once Upon a Time - puszczają oko do uważnego widza, a już na pewno pozwalają choć na moment zapomnieć, jak ciężko czasem przebrnąć przez kolejne odcinki.

Niestety, na lepsze nie zmieniło się w zasadzie nic. Aktorstwo, efekty, nieprzekonujące rozwiązania fabularne i prawie zerowy postęp w rozwoju bohaterów czyniły oglądanie Once Upon a Time raczej ciekawostką niż przyjemnością. Regina, pomimo ukazania kilku ułomności, pozostała postacią, wobec której trudno żywić jakieś pozytywne odczucia. Henry do samego końca nie robił nic, tylko mamrotał o klątwie i namawiał Emmę do uwierzenia. Gold pozostał tajemniczy, August nie przydał się zasadzie do niczego, tylko jedna jedyna Mary Margaret miała odwagę zmienić się z naiwnej i nieśmiałej ulubienicy miasteczka w silną i pewną siebie młodą kobietę. Zaś Emma - cóż, Emma zasłużyła sobie na osobny akapit.

Nie robiłam tajemnicy z faktu, że od samego początku nie lubiłam Emmy - nie tylko ze względu na Jennifer Morrison, której gra w tym serialu jest dla mnie najtrudniejsza do zniesienia. Rozumiem, że można być osobą twardo stąpającą po ziemi i usilnie trzymająca się rzeczywistości. Gdyby nie to, pewnie ciężko byłoby jej przetrwać trudne dzieciństwo i ciągłą konieczność bycia zdaną na siebie. Rozumiem też, że kocha tego swojego dzieciaka, a skoro on upiera się przy całej tej klątwie, to po co sprawiać mu przykrość - zwłaszcza, jeśli to ma jej pomóc w nawiązaniu głębszej więzi. Gdy jednak powoli pojawiają się inne głosy, że coś jest nie tak - najpierw pokazuje jej to szalony Jefferson, a potem August wręcz rozpaczliwie obnaża przed nią prawdę - a ona dalej trzyma się swojej ślepoty, to zrozumieć już nie jestem w stanie. Nawet gdy dowiaduje się, że zależą od niej inne życia, nie robi nic, by wykazać chociaż krztynę zaciekawienia. Mało tego, zrzeka się jakiejkolwiek odpowiedzialności, w paskudnym, samolubnym geście odmawiając udziału w tych dalszych złudzeniach. Dokładnie w tym momencie stała się dla mnie jedną z najmniej sympatycznych serialowych postaci, co jest tym bardziej przykre, że ma niby być całą tą główną bohaterką. Nic w późniejszych odcinkach nie było już w stanie uratować w moich oczach jej wizerunku - nawet finał, który otworzył jej wreszcie oczy, choć zbyt szybko, zbyt gwałtownie, i zbyt nieprzekonująco.

Podsumowując, prawda jest jednak jedna - Once Upon a Time coś w sobie ma; takie małe, niewidzialne w trailerach i nieobecne na plakatach coś, co pomimo całych swoich wad niezmiennie przyciąga mnie przed ekran. A w serialu, w którym tak pełno jest naiwności, nierówności i "niedowiary", przyda się każde takie małe coś.

A na zakończenie, małe pytanie: skoro Regina cały czas miała dostęp do uwięzionego w lochach smoka, czemu nie wepchała tam Emmy zamiast pozbywać się ostatniej pamiątki po ukochanym i wyciągać to całe nadjedzone jabłko?

Do ponarzekania po premierze pierwszego odcinka drugiego sezonu ;)

Kobietą grać chcę

Posted: czwartek, 12 kwietnia 2012 | | Etykiety: , , , , , 12 komentarze
Niedawno zakończyłam przygody z dwoma potężnymi seriami komputerowych cRPG-ów: trylogią Mass Effect oraz dwoma częściami Dragon Age. Jak to zwykle bywa, po przejściu jednej świetnej gry, człowiek nakręca się na zagranie w inną. Nie inaczej było w moim przypadku - nie dotarłam jeszcze do końca DAII, a już zastanawiałam się, co wybrać następne. Biorąc pod uwagę dodatkowy fakt, że z grami komputerowymi niechętnie rozwiodłam się parę lat temu, aktualnie mam do dyspozycji niby cały szereg tytułów, które mogłabym nadrobić. Skąd jednak to "niby"? Sięgając po recenzje najlepiej ocenianych tytułów, moim pierwszym odruchem jest sprawdzenie, czy da się grać postacią kobiecą. I w ten sposób niestety uświadomiłam sobie, że w większość z najlepiej ocenianych tytułów po prostu grać mi się odechciało.

Nie ma co ukrywać, jestem kobietą. Zachowuję się jak kobieta, myślę jak kobieta, wyglądam jak kobieta. Pełny zestaw. Kobietą się urodziłam i nigdy nie miałam ochoty przekonywać się, jak to jest być mężczyzną - a biorąc pod uwagę fakt, że gram w RPG, mogłam spróbować przynajmniej w zabawie. Definiuję siebie, jako człowieka, poprzez bycie kobietą i z kobiecej perspektywy świat, wraz z wszystkim, co się w nim znajduje, jest dla mnie prawdziwy. Proste - tak proste, że w zasadzie ciężko mi ubrać to w słowa. Jako taka właśnie kobieta, mam również swoje hobby - zazwyczaj takie, które interesują mnie, bo jestem jaka jestem. Skoro jednak płeć ma wpływ na definicję mnie samej, wpływa również na moje hobby. Pewnie z tego właśnie powodu lubię się przebierać, robić zakupy i obrastać w biżuterię. Lubię także oglądać filmy, czytać książki i grać w gry komputerowe, a na wszystko to patrzę właśnie kobiecymi oczami. Najbardziej jednak lubię, gdy serwowana mi opowieść, czy to w filmie, książce czy grze, do mnie przemawia. Dzieje się to najczęściej, gdy odnajduję w bohaterach coś, co mi się podoba. I o ile z książkami i filmami sprawa jest prosta, bo w nich bezpośrednio nie uczestniczę, to gdy dostaję do sterowania postać, która ma mnie przeprowadzić przez całą kilkunastogodzinną fabułę, to chciałabym, żeby ta postać również do mnie przemawiała. Ale jak ma to zrobić, kiedy każe mi się "być" facetem?

Większość gier, w jakie gram, to cRPG. To mój ulubiony growy gatunek, bo daje mi możliwość kształtowania przebiegu fabuły. Do mnie należą decyzje, czy najpierw pójść zabić smoka, uratować wioskę, czy odbić zakładników. Ja też steruję dialogami i nastrojami w drużynie. Decyduję, kim będzie moja postać, co zrobi i w jaki sposób do tego dojdzie. Wszystko oczywiście w ograniczonym stopniu, ale na pewno w większym niż w grach o ściśle określonej strukturze. Dzięki tym możliwościom znaczniej łatwiej jest mi zatopić się w wirtualny świat, bo mogę formować swoją postać tak jak tego chcę. Dzięki nim wybory, które podejmuję, podejmuję jako kobieta - ta siedząca przed monitorem, i ta, która żyje w świecie gry. Z tego właśnie mam frajdę. Nie wyobrażam sobie natomiast czerpania takiej samej przyjemności - jakiejkolwiek przyjemności - jeśli przez całą grę miałabym wcielać się w postać faceta. Nie jestem facetem, nie zachowuję się i nie myślę jak facet, więc nawet, jeśli gra miałaby mnie prowadzić za rączkę podstawiając kilka opcji dialogowych, byłoby to dla mnie zupełnie nienaturalne. Nawet nie wiem, czy zależałoby mi wtedy na pieczołowitym kształtowaniu fabuły - skoro postać i tak nie odbijałaby mojego "ja". A o to mi właśnie w cRPG-ach chodzi, o możliwość stworzenia swojej własnej spersonalizowanej wersji wydarzeń. Czy nie o to chodzi w cRPG-ach w ogóle? Poczynając od rasy, klasy (i płci), przez rozmowy, członków drużyny i przebieg questów, cRPG-i oferują wybory. Gdy odmawia mi się wyboru dla mnie elementarnego, już jestem na nie.

I niby nie ma się czym przejmować, to przecież tylko gra. Niestety - a może "stety" - dla mnie gra to też jakaś historia. Traktuję ją jak opowieść, rzecz o wyjątkowych postaciach dokonujących wyjątkowych czynów. Jak w książce czy w filmie. Różnica poleca na zaangażowaniu. Grając w grę, angażuję się w to, co się w niej dzieje, bo to ode mnie zależy, co się w niej dzieje. Angażuję się jako ja - gracz, uczestnik, kobieta. Zależy mi nie tylko na tym, co zrobię, ale jak to zrobię; zależy mi na ukształtowaniu tej historii pod siebie. Stąd też wybór płci tak naprawdę nie jest dla mnie żadnym wyborem, a oczywistością.

Co ciekawe, cała ta niechęć tyczy się tylko gatunku cRPG. Nie mam takich samych problemów grając np. w różne odsłony Final Fantasy, gdzie główną postacią jest tradycyjnie facet (w FFXIII nie grałam jeszcze w ogóle). Gdy się jednak zastanowić, od zawsze traktowałam Finale bardziej jako interaktywne filmy. Nie ma tam czegoś takiego jak opcje dialogowe dla głównej postaci, a personalizacja bohatera dotyczy zasadniczo tylko broni i wyposażenia. Wszystkie cutscenki są z góry zaplanowane i identyczne dla każdego gracza, którego rola, w dużym skrócie, sprowadza się do prowadzenia bohaterów od scenki do scenki. Nie ma questów, które można wykonywać w dowolnej kolejności, wszystko idzie bardzo liniowo, nie ma się wpływu na kształt historii. I żeby było śmieszniej - w Final Fantasy taka liniowość wcale mi nie przeszkadza. Podobnie jak nie przeszkadza mi ona w grach akcji takich jak Resident Evil czy Prince of Persia. Wtedy nie mam też problemu z prowadzeniem postaci męskiej - właśnie dlatego, że traktuję je, te gry i historie w nich zawarte, jak film, który oglądam. Frajdę mam za to z gameplaya, klimatu i ogólnej, przemawiającej do mnie fabuły. Nie ma problemu, bo nie ma cRPG-a i jego podstawowej właściwości: tworzenia wydarzeń według siebie.

Nie wiem, jaki jest obecnie procent kobiet graczek, ale mam wrażenie, że coraz większy. Być może niektórym producentom jeszcze nie opłaca się tworzyć drugiej warstwy gry specjalnie dla płci żeńskiej - ale kiedy się opłaci, jeśli graczki takie jak ja (a wiem, że takie są) nie będą grać w gry z narzuconym męskim bohaterem? Pytanie mogę sobie rzucić w kosmos. Nie wiem też, czy kiedykolwiek najdzie mnie ochota, by sięgnąć po Gothic, Risen czy Deus Ex. Nawet rodzimy Wiedźmin odpycha mnie na kilometr, choć płeć bohatera rozumie się sama przez się. Po prostu, zwyczajnie, denerwuje mnie lekceważenie żeńskiej części odbiorców i odbieranie im przyjemności z dokładnie tego, z czego cRPG słyną - tworzenia swojej własnej historii. Też jestem graczem i też chcę, żeby gra mi się podobała.

I tym optymistycznym akcentem kończę powtarzanie się jak zacięta płyta - z nadzieją, że mój punkt widzenia nie zostanie odebrany jako atak na brak "feminizmu" w grach ;)

Outcasts, wygnany serial

Posted: wtorek, 10 kwietnia 2012 | | Etykiety: , , , , 1 komentarze
Science-fiction to gatunek, któremu bardzo ciężko przebić się w serialowym świecie. Już na samym starcie musi wbijać się w niszę - widownię, do której sci-fi samo w sobie przemawia. W obrębie tego gatunku widzom musi pasować tło fabularne (kosmiczne wojsko? przygody na statku? podróże w czasie? - tu znów odpada pewien procent), a całość powinna być okraszona wiarygodnymi efektami specjalnymi i wizualnymi (dodatkowe ryzyko dla twórców - finansowe). Opowiadana historia musi być niezwykła i wciągająca, żeby z odcinka na odcinek serial nie tracił widzów - trudno w sci-fi opierać się na schemacie "morderca/potwór tygodnia", o ile ten morderca i ten potwór nie są wyjątkowo dobrze przedstawieni. Jeśli nie są wyjątkowo dobrze przedstawieni, nikt się nie nabierze. Najlepiej też, żeby galeria bohaterów zadowalała wszystkich, a logika kierująca światem tłumaczyła się sama przez się. Wszystko to pięknie i ładnie, jednak ostatnio odnoszę coraz większe wrażenie, że science-fiction w serialach upada nie z winy twórców, którzy zrobili coś "źle", ale z powodu "fanów" gatunku.

Od parunastu miesięcy na bieżąco czytam komentarze, uwagi i recenzje dotyczące emitowanych w danym momencie tytułów, a to pozwoliło mi dojść do jednego wniosku: serialowi fani sci-fi są według mnie wyjątkowo wybredni. A to za mało walk, a to za dużo dramatów, a to efekty nie takie, a to kosmici głupi, a to brak logiki, a to coś, a to coś, a to coś. Przestaje mnie już dziwić, że kolejny serial sci-fi zostaje skasowany, a fala niezadowolenia z braku seriali sci-fi rośnie. Odpowiednie wyważenie elementów, które trafią do gustu ogółu (fabuła, bohaterowie, setting, klimat, wiarygodność, intryga, wszystko) jest chyba jakimś mistycznym, nieistniejącym bytem, którego wszyscy pragną, ale każdy w innej formie. Seriali sci-fi jest niewiele, a gdy powstają nowe, ludzie rzucają się na nie ze wszystkimi swoimi upragnionymi oczekiwaniami, a potem nie umieją przełknąć faktu, że nie dostali dokładnie tego, czego oczekiwali. Za przykład niech posłuży Stargate Universe - nowoczesna i odświeżona wersja znanej i lubianej serii, która została zdjęta z anteny, bo hardcorowi fani klasycznych Stargate'ów, wyczekujący nowej odsłony swojego ulubionego serialu, nie zaakceptowali braku "klasyczności". W dużym skrócie. I właśnie ten problem - z zaakceptowaniem - chciałabym przedstawić bliżej na przykładzie serialu, który moim zdaniem został niezasłużenie skazany na wygnanie. Mowa o brytyjskim Outcasts z 2011 roku.

Akcja Outcasts rozgrywa się na planecie Carpathia, na której założona została pierwsza ziemska kolonia, kilkutysięczne miasto o nazwie Forthaven. Kolonia ta stanowi ostatnią nadzieję ludzkości po nuklearnej wojnie, która zdewastowała Ziemię - nadzieję zarówno na przetrwanie, jak i rozpoczęcie wszystkiego od nowa. Jej losy śledzimy z perspektywy osób u władzy - prezydenta i szefowej ochrony (Liam Cunnigham, Hermione Norris), członków miejscowych sił porządkowych i ekspedycyjnych (Daniel Mays, Amy Manson, Ashley Walters), a także przybyłego wraz z nowym transportowcem VIP-a z własnymi planami wobec przyszłości koloni (Eric Mabius). Najpoważniejszym wyzwaniem, z jakim przychodzi im się zmierzyć, nie okazuje się jednak wyłącznie sama planeta - choć bez wątpienia nie należy do najbezpieczniejszych. Wróg czai się zarówno poza granicami Forthaven, jak i wewnątrz.

Outcasts był reklamowany jako serial dramatyczny, a motywem przewodnim miał być nowy początek, szansa na to, by nie popełniać tych samych, katastrofalnych błędów. W premierowym odcinku do Carpathii zbliża się pierwszy transportowiec z nowymi kolonistami na pokładzie. Bohaterowie - ci, którzy przez wiele lat budowali na planecie nowy dom - z niecierpliwością oczekują świeżych twarzy i bliskich, których musieli zostawić na Ziemi. Wraz z nimi przybywają nadzieje, że to, co stworzyli, nie pójdzie na marne. W trakcie wszystkich ośmiu 60-cio minutowych odcinków bohaterowie będą jednak stawiani przed trudnymi faktami, które zachwieją ich wiarą i motywacjami, zmuszając do ponownego zastanowienia się, o co właściwie walczą. Celowo jednak piszę, że serial "był" i "miał być" - celowo dlatego, że oczekiwania wobec "serialu sci-fi o kolonistach" starły się w krwawej walce z dramatem, jaki był zapowiedziany, a z walki tej dramat nie wyszedł zwycięsko.

I tutaj pojawia się problem akceptacji. Spragnieni akcji fani gatunku nie zostawili na Outcasts suchej nitki, krytykując go za nudę, bezsensowność, nieciekawych bohaterów, kiepski scenariusz, wolne tempo i mało interesującą fabułę. Z odcinka na odcinek, w komentarzach, uwagach i recenzjach czytałam tylko o tym, że już nie mogą wytrzymać, że po co to oglądają, że jak kolejny odcinek będzie tak głupi, to przestaną, i w ogóle jaki to ma sens, itd. W efekcie, już po pięciu odcinkach Outcasts został przesunięty z godzin największej oglądalności na późne niedzielne noce, a wieść o skasowaniu została ogłoszona dzień po emisji finału.

A tymczasem - to jest serial dramatyczny. Opowieść o losach niewielkiej grupki ludzi wrzuconych do życia w nowych warunkach i pragnących stworzyć wszystko od początku, nie powtarzając tych samych błędów. Gdzie lepsze tło do takiej historii, jak w niedalekiej przyszłości, w której błędy popełnione przez ludzkość doprowadziły do wyniszczenia Ziemi? Inna planeta jest tutaj tylko miejscem akcji. Zagrożenie ze strony nieznanego - motywem pchającym bohaterów do podejmowania takich a nie innych decyzji. Tajemnice przeszłości - punktem zwrotnym w dotychczasowym postrzeganiu rzeczywistości. Prawda, coś takiego można powiedzieć o każdym serialu, każdej innej historii opowiedzianej za pośrednictwem każdego innego medium, ale w tym przypadku (i zapewne w wielu innych) do tego sprowadza się cały problem. Do błędu w odbiorze, do błędnego założenia od samego początku. Do wybujałych oczekiwań. Słysząc coś takiego jak "nowy serial science-fiction", w ludziach otwiera się obraz jakiegoś niedoścignionego ideału. Każdy chciałby, żeby nowy tytuł był jak coś - jak ulubiony serial sprzed lat, jak wymarzona adaptacja książki, jak odcinkowa wersja udanego filmu. Outcasts zaś nie został zaakceptowany, bo fani tego "jak" nie odnaleźli w nim wszystkiego, co im się wyobraziło. Dla miłośników sci-fi było w nim za mało sci-fi (a, przypuszczalnie, dla fanów seriali dramatycznych sci-fi było w nim za dużo). Myślę, że gdyby serial od początku oglądało się z odpowiednim nastawieniem, jego losy potoczyłyby się zupełnie inaczej. Tym bardziej, że im dalej rozwijała się fabuła, akcja nabierała tempa, a zawiązując się wątki umiejętnie podkreślały rosnące napięcie.

Dużym zarzutem wobec Outcasts była na przykład za duża ilość rozmów - często nieciekawych i ciężkich do strawienia. Czytałam nawet, że skoro to kolonia na obcej planecie, to ludzie na pewno mają więcej do roboty niż rozmawianie o tym, co się stało. Jeśli jednak spojrzeć na serial takim, jakim jest, wszystko wchodzi na swoje miejsce. To nie jest opowieść o przetrwaniu w nieprzyjaznych warunkach, ale o ludziach, którzy są stawiani przed trudnymi moralnymi wyborami. Jeżeli dla kogoś brzmi to jak "nuda", to czy jest to wina serialu?

Jednak kwestia akceptacji dotyczy również czegoś innego. Przy komentarzach często natykałam się na narzekania na brak spójności świata przedstawionego. Że to "niemożliwe", że coś jest "głupotą", "zmyślonym" i "niedorzecznym" wymysłem. Ale... to trochę tak, jakby wytykać Gwiezdnym wrotom poruszanie się po kosmosie przez gwiezdne wrota. Albo obcym istotom, że są takie obce. Albo że są napędy umożliwiające podróż szybszą od światła i podróże w czasie. Albo - z drugiego bieguna - że mag posługuje się magią. Jeśli nie umie się zaakceptować konwencji danego świata, to jaki jest sens w ogóle oglądać science-fiction/fantasy? Jasne, może to naiwne myślenie, idealistyczne i wyśnione, ale - niespodzianka - działa. Daje mi możliwość cieszenia się historią, czerpania rozrywki stamtąd, gdzie ona jest - w przeciwieństwie do usilnego doszukiwania się jej tam, gdzie wcale nie musi być. Mnie na przykład zupełnie nie interesuje, w jaki sposób działają napędy warp, tunele czasoprzestrzenne, bronie laserowe czy narkotyzowanie się w celu przejścia na inny poziom świadomości. Interesuje mnie historia i to, jak wydarzenia oddziałują na bohaterów. Co się będzie działo, niekoniecznie jak się będzie działo. Dokładnie takie samo podejście mam do RPG - mechanika jest dla mnie kompletnie nieistotna, ważne, by wciągnęła mnie fabuła. Może więc, gdyby widzowie Outcasts odpuścili sobie czepianie się detali i zaakceptowali wydarzenia takimi, jakie są - zamiast ciągle życzyć sobie czegoś innego, czegoś bardziej odpowiadającego ich wyobrażeniom - oglądałoby im się znacznie lepiej. To samo zresztą tyczy się całego ogółu gatunku.

Nie próbuję tutaj przekonywać, że Outcasts jest serialem wybitnym i że trzeba go obejrzeć, ani też że spodoba się każdemu (to już zdążyłam podkreślić) i że polecam go całym sercem. Z mojej wypowiedzi bije dużo goryczy, bo postawa "fanów" ogromnie mnie rozczarowała. Uważam, że serial został potraktowany niesprawiedliwie i przez tą niesprawiedliwość brutalnie poderżnięto mu gardło. Polecam za to przekonać się samemu, czy na to zasłużył.

I na koniec, słowem ogólnego podsumowania - znów idealistycznie - w science-fiction i fantasy trzeba czasem przyjmować rzeczy na wiarę; akceptować przedstawiane pomysły, rozwiązania i konwencje, i umieć skupić się na tym, co jest ważne. To w końcu też historie o ludziach - znacznie bardziej niż o technologiach, innych światach i kosmitach. Nie sądzę, żeby istniało coś takiego jak "idealne" sci-fi, gdzie wszystkie elementy są w stu procentach zgodne z prawami fizyki, logiczne i trzymające się kupy. Według mnie to nie o to chodzi. Chodzi za to o umiejętność czerpania przyjemności z opowiadanej historii bez względu na dziury w konstrukcji świata. Fani sci-fi są już o ten krok do przodu przed nie fanami sci-fi, że pociąga ich sama wizja przyszłości. Chciałabym tylko przeczytać kiedyś recenzję, która nie krytykuje sci-fi za... bycie sci-fi. W końcu to przecież i tak fikcja.

Another glorious day in the Corps

Posted: sobota, 7 kwietnia 2012 | | Etykiety: , , , 2 komentarze






Militarna fantastyka, zwłaszcza militarna fantastyka sci-fi, to dział, z którym jak do tej pory zapoznana byłam jedynie za pośrednictwem filmów i seriali. Nie tyle jednak zapoznana, co oczarowana. Jak większość dziewczyn, mam słabość do mężczyzn w mundurach, ale akurat w produkcjach takich jak Aliens, Space Above and Beyond, czy Battlestar Galatica wzdychałam przede wszystkim do wojskowej struktury. Uwielbiam przyglądać się tej specyficznej kulturze, hierarchii, procedurom (choć mundury oczywiście też się liczą). Może to przez świadomość, że wojsko, choć składa się z indywidualnych osobników, działa jako jedność? A może po prostu lubię przejrzystą organizację (na swoim biurku i w torebce też). Nawet przy Mass Effectach to właśnie "wojskowość" była pierwszą rzeczą, która wciągnęła mnie w trylogię. Tak czy inaczej, na całe moje szczęście niedawno przekonałam się, jaka głupia byłam, że nie czytałam wcześniej militarno-fantastycznych książek.

Ostatnio, tzn. po przeczytaniu Ja, Jedi, narzekałam, że w starwarsowym universum brakuje mi książek, w których główną rolę odgrywa postać kobieca. Niedługo później, zupełnym przypadkiem, natknęłam się na cykl Valor Confederation (albo Confederation of Valor) niejakiej Tanyi Huff. Żeby było śmieszniej - najpierw wpadła mi w oko bardzo obrazowa okładka. Słowa "przygoda w kosmosie" biły od niej na kilometr. Opis znaleziony na Wikipedii kupił mnie mnie od razu: "Staff Sergeant Torin Kerr's aim is to keep both her superiors and her company of space marines alive as they deal with lethal missions throughout the galaxy". Z miejsca przeczytałam pierwszą część, Valor's Choice, i od teraz przy każdej możliwej okazji będę bić autorce pokłony aż do samej ziemi. Oczywiście, ze Star Wars nie ma to nic wspólnego - poza tym, że tak, jak sobie wymarzyłam, główne skrzydła w kosmicznych przygodach gra nie byle jaka kobieta.

Od razu uprzedzam w jednej sprawie - cyklu tego nie ma w języku polskim. Czytałam w oryginale, stąd też pozwalam sobie wstawiać treści po angielsku. Niektóre po przetłumaczeniu brzmiałyby jak małe, krwiożercze potworki...

Valor Confederation to spaceoperowa seria osadzona w dość dalekiej przyszłości, w której kilka zjednoczonych ras toczy wojnę z tajemniczym przeciwnikiem zwanym Innymi (the Others). Seria liczy aktualnie pięć książek i opowiada o Torin Kerr, twardej pani sierżant, dla której nic nie liczy się bardziej niż zapewnienie bezpieczeństwa swojemu oddziałowi. O swoich ludzi troszczy się jak matka o pisklęta, a wrogów bez mrugnięcia okiem posyła w piach. Gdzie trzeba, jest oschła i bezkompromisowa, kiedy indziej potrafi nawet poklepać po ramieniu. Nie patyczkuje się z problemami i nie ma iluzji, czym jest służba w korpusie piechoty. Przede wszystkim ma jednak świetne poczucie ironii otaczającej ją rzeczywistości. I abstrahując od konstrukcji świata i przedstawianych wydarzeń - właśnie ta ironia i to poczucie humoru wyzwoliło we mnie takie uwielbienie do owego cyklu.

Najpiękniejszym elementem w serii o Torin Kerr - elementem, który zrobił na mnie tak duże wrażenie, że piszę właśnie te słowa - nie jest bowiem ani fabuła (choć ta nie jest wcale taka prosta jak się wydaje), ani nawet główna bohaterka (choć bez wątpienia ma duże znaczenie). Jest nim przede wszystkim humor. Kąśliwy, cięty i ostry jak brzytwa, jest dla mych oczu czym muzyka dla uszu. Nie przesadzam pisząc, że w trakcie czytania nie raz i nie dwa wybuchałam gromkim śmiechem zwyczajnie dlatego, że rozbawił mnie do łez jakiś fragment narracji czy dialogu. Złośliwe odzywki pomiędzy członkami oddziału i trafne komentarze Torin wprost wylewają się z kolejnych stron, niesamowicie ubarwiając całą lekturę. Autentyczna radość. Dawno nie czytałam powieści, która zapewniła mi tak szczerą, zwyczajną rozrywkę. Chociażby dlatego, dla tych licznych momentów, w których autorka wykazuje się nieskrywanym dowcipem, polecam sięgnąć po serię.

Pomimo humoru, nie ma się jednak co oszukiwać - to opowieść o wojnie, a na wojnie nie wszyscy wracają do domów. Kontrast pomiędzy humorem a gorzką rzeczywistością jest bardzo wyraźny, a na pewno staje się taki w momencie, kiedy umiera pierwszy członek oddziału. Przez cały cykl przewija się mnóstwo postaci,  jedna fajniejsza od drugiej, ale przywiązywanie się do nich nie jest wskazane. Przekonałam się o tym na własnym przykładzie, niemniej jednak jest to dla mnie zdecydowany plus serii. Wbrew pozorom, nie jest to opowieść wesoła i niepoważna - jest w równym stopniu brutalna i brudna. Co więcej, z racji tego, że Tanya Huff sama służyła w wojsku, kwestie militarne (żargony, procedury, taktyka, etc.) wypadają bardzo żywo i realistycznie. Nie miałam problemu z wyobrażeniem sobie, jak opisywane sceny wyglądałyby np. w filmie - dynamiczne dialogi i celne opisy tworzą barwny obraz wydarzeń, nie wykorzystując zbędnego owijania w bawełnę.

Jak wspomniałam, cykl składa się z pięciu książek; są to: Valor's Choice (2000), The Better Part of Valor (2002), The Heart of Valor (2007), Valor's Trial (2007) i The Truth of Valor (2010). Choć każda z nich skupia się na odrębnym wątku, wydarzenia są ze sobą na tyle połączone, że zdecydowanie polecam czytać w kolejności. Intryga obmyślona przez autorkę jest na pierwszy rzut oka całkiem niewidoczna, ale z każdą częścią elementy układanki zaczynają coraz bardziej do siebie pasować. Również świat odkrywa w ten sposób swoje kolejne tajemnice - a w tym temacie powiem tylko, że wymyślone rasy mają czasem dość nietypowe właściwości ;)

Szczerze polecam Valor Confederation. Nie tylko jako egzemplarz militarnej fantastyki sci-fi, ale jako naprawdę przyjemną lekturę, która potrafi wzbudzić w czytelniku wyraźne emocje. Ja najbardziej cenię cykl za ironiczne spojrzenie na rzeczywistość - gorzką i nie zawsze przyjazną. Bawiłam się świetnie. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że jakakolwiek inna seria militarnego s-f zapewni mi równie pozytywne wrażenia - cieszę się jednak, że mogłam zacząć zapoznawanie się z nim właśnie poprzez twórczość Tanyi Huff :)

Powrót do universum Star Wars

Posted: piątek, 10 lutego 2012 | | Etykiety: , , , 4 komentarze
Dwie niezależne od siebie decyzje - kupno Kindle i postanowienie rychłego zagrania w Star Wars: The Old Republic - spowodowały, że na powrót zainteresowałam się powieściami umieszczonymi w Expanded Universe. Od tego momentu próbuję zrozumieć, czemu powrót do książek Star Wars zajął mi tak długo czasu.

Ostatnią gwiezdnowojenną książkę skończyłam gdzieś w okolicach czwartej klasy liceum, gdy w Polsce wydany został Wektor pierwszy. Moje wrażliwe serduszko bardzo przeżyło przeczytanie tego akurat tomu, a potem, w obawie, że po raz kolejny zostanie złamane, postanowiło, że nie będzie czytać ich więcej. W momencie powstania nowych filmów cofnęłam się jeszcze z czasów Nowej Republiki do Starej, ale wtedy już nie udało mi się wykrzesać takiego samego zapału. Tak minęło prawie 13 lat, w trakcie których moje zainteresowanie Star Warsami samymi w sobie bynajmniej nie malało. Ostatnio zaś, po części za sprawą hype'u związanego z nowym MMO, powróciło ze zdwojoną siłą. Za namową kumpla, zapalonego starwarsowca, wzięłam się za ponowne przeczytanie Ja, Jedi - żeby odświeżyć sobie tamten świat za pośrednictwem czegoś znajomego. Po tym eksperymencie moje serduszko zabiło mocniej w tęsknocie za ukochanym universum, ale jednocześnie móżdżek zwrócił uwagę na jedną, dosyć istotną dla mnie kwestię. Kwestię, która na całym tym odświeżeniu i tęsknocie rysuje jedną wielką rysę. Ale o tym później.

Muszę powiedzieć, że oglądanie filmów, granie w KOTOR-y, wpadanie na Wookieepedię, granie w sesje RPG, przeglądanie  LOL-ów, demotów, artów i innych youtube'ów, słowem przebywanie w towarzystwie Star Warsów praktycznie na co dzień - z wyjątkiem czytania książek - wydaje mi się teraz nieco ubogie. W końcu książki to doskonałe uzupełnienie obrazu, możliwość wejścia w głowę bohaterów, poznania ich punktu widzenia, ich związku z tym światem - świata i jego praw samych w sobie - już nie mówiąc o tym, jak świetnie wpływają na własną wyobraźnię. Przecież uwielbiam to! Tymczasem, celowo, pod wpływem głupiego tupnięcia nóżką, odmówiłam sobie tego na długie lata. Przecież uwielbiam ten świat! Uderzyło mnie. Czytałam Ja, Jedi, który tak naprawdę fabularnie podobał mi się pół na pół, ale uderzyło mnie, że ja naprawdę uwielbiam ten świat, cokolwiek by się w nim nie działo. Uświadomiłam sobie, że mi go brakowało, że bez książek była w tym jakaś dziura. Musiałam tylko dojrzeć do tego przez 13 lat.

W każdym razie, jest jeszcze coś ważniejszego. W ostateczności ta długa przepaść czasowa wyszła mi nawet na plus, bo czytając cokolwiek jako młódka patrzyłam na wszystko zupełnie innymi oczami. Nie dziwię się sobie, że tak przywiązałam się wtedy do bohaterów - wciąż jestem do nich przywiązana, ale już ze znacznym, znacznym dystansem. Nie obrażę się znowu, kiedy stanie się coś złego. Nie przeczytam opisów pobieżnie tylko po to, żeby przejść do dialogów. Nie machnę ręką na wgląd w filozofię postrzegania Mocy, tylko się nad nią zastanowię. Przykłady można mnożyć, ale sprawa sprowadza się do jednego - teraz mogę patrzeć na te historie przytomniej, świadomiej, z większym polem doświadczeń i upodobań za sobą. I powiem, że to było chyba najfajniejszym odczuciem z całego tego powrotu do gwiazd.

Może nawet przeczytam do końca tę Nową Erę Jedi? Kto wie.

Inna sprawa, że pole doświadczeń i upodobań literackich wytworzyło we mnie konkretne wymagania, którym większości starwarsowych powieści będzie raczej ciężko sprostać. Przeszukałam nowe tytuły, które mogą mnie zainteresować, ale boję się, że nie osiągną wystarczająco dobrego poziomu. Dużo dobrego słyszałam o np. Trylogii Dartha Bane'a, ale gdy sięgnęłam po nią sama, poczułam się stosunkowo rozczarowana. Póki co jest zbyt zwykłe, przewidywalne i niczym się nie wyróżnia, a bohater nie wzbudza we mnie praktycznie żadnej sympatii, żadnego porozumienia. Ale właśnie - bohater.

Przeszkadza mi, że w powieściach starwarsowych główne skrzypce grają bohaterowie, a nie bohaterki. Owszem, jest Leia, jest Mara, jest Jaina, postacie kobiece na pewno nie są marginalizowane, ale dlaczego nie mogłyby być postaciami centralnymi? Wokół których, zamiast Luke'a, Hana, Obi-Wana i reszty, kręci się cała rzecz? Żeby patrzeć na wydarzenia z ich punktu widzenia? Albo też patrzeć na ich punkt widzenia częściej niż raz na kilka rozdziałów? Zapobiegawczo pobiję się tu od razu w pierś, bo w końcu sama się przyznaję, jak mało czytałam, aczkolwiek nie sądzę, bym nie miała choć odrobiny racji. Ogromnie jednak chciałabym przeczytać starwarsową powieść napisaną z perspektywy postaci kobiecej, a sięgając pamięcią wstecz niestety nie mogę sobie takiej przypomnieć. To właśnie ta rysa, mocno odczuwalna dla mnie, jako kobiety, przez którą czuję w kanonicznych Star Warsach lekki niedosyt.

I żeby nie było - komiksy to nie to samo ;) Komiksów nie czytam ze względu na formę, która mnie nie potrafi wciągnąć.

Podsumowując, cieszę się, że udało mi się przywrócić do życia zamiłowanie do książek z Expanded Universe, ale jednocześnie mam zamiar czuwać nad jakością wybieranych pozycji. W końcu nie wszystko złoto, co się świeci, ale zawsze może się znaleźć jakaś perełka ;)

Coś dobrego - The Thing 2011

Posted: sobota, 31 grudnia 2011 | | Etykiety: , , , 0 komentarze
Uwielbiam horrory o grupie naukowców / badaczy / znajomych zamkniętych w odosobnionej placówce / biorących udział w wyprawie w odosobnione miejsce / odkrywających niespodziewane odkrycie, których atakują potwory z kosmosu / mutanci / zombie / wampiry / rekiny / cokolwiek. W sumie to mój ulubiony rodzaj horrorów - slashery, animal killery, creature horrory, zombie horrory, takie. Deep Blue Sea, Sanctum, The Descent, 30 Days of Night, The Mist, Anaconda, Jurrasic Park, Jaws, Aliens, żeby daleko nie sięgaćZaliczyłabym tu nawet moje wsze-ukochane The Abyss, które buduje fantastyczny klimat strachu, napięcia i niewiadomej na podwodnej platformie wiertniczej. Uwielbiam emocje, które towarzyszą bohaterom próbującym zmagać się z niebezpieczeństwem i jednocześnie z własnym, buzującym od nerwów towarzystwem. Wysoko zatem ocenię nowe The Thing, które idealnie sprawdziło się jako horror science-fiction z obcym siejącym zamieszanie w szeregach odizolowanej bazy na Antarktydzie.

Dla jasności: akcja filmu rozgrywa się w norweskiej placówce na lodowym pustkowiu, gdzie odkryty zostaje statek pochodzenia pozaziemskiego wraz z zamrożoną istotą z kosmosu. Norwescy naukowcy zabierają się za badanie znaleziska, prosząc o pomoc amerykańską paleontolog, Kate Lloyd (Mary Elizabeth Winstead). Okazuje się jednak, że tajemniczy obcy nie tylko nie jest martwy, ale również zdolny do kopiowania otaczających go istot. Rozpoczyna się walka o przetrwanie, której finał znamy z klasycznego The Thing z 1982 roku.

Przed seansem obejrzałam pierwowzór, by odświeżyć sobie wydarzenia i wczuć się w klimat. Zależało mi też, by przypomnieć sobie oryginalną wersję zniszczonej norweskiej bazy i móc porównać ją do jej odpowiednika z prequela. Spotkałam się wcześniej z kilkoma opiniami, że odwzorowanie wydarzeń u Norwegów świetnie scala się z carpenterowskim oryginałem - i to całkowita prawda. To jednak tylko jeden z kilku plusów, jakie z czystym sumieniem naliczę temu filmowi.

The Thing 2011 od początku do końca trzyma poziom. Jest dokładnie tym, czego można się po nim spodziewać - horrorem science fiction, i to całkiem dobrym. Nie jestem zwolenniczką porównywania dwóch wersji (prawie) tego samego filmu stworzonych w odległości kilku dekad od siebie, więc z kontekście oryginału z Kurtem Russellem powiem tylko, by oryginał zostawić oryginałem. Prequel oferuje zaś pasujące dopełnienie układanki, skonstruowane przy pełnym użyciu nowoczesnych technik kinematografii i ze świadomym skinieniem w kierunku dawno, zdawałoby się, zapomnianej sztuki tworzenia trzymających w napięciu scen. Rozumiem przez to ni m niej, ni więcej, że zamiast pędzić z dynamicznie zmontowaną akcją, The Thing wie, w którym momencie przystanąć i pozwolić widzowi podenerwować się w oczekiwaniu. Bardzo mi takich przystanków brakuje w nowoczesnych horrorach, które próbują raczej szokować niż straszyć. Tutaj, gdzie trzeba, napięcie budowane jest stopniowo i z wyczuciem. Dzięki temu łatwo poczuć klimat odizolowanej placówki i wczuć się w sytuację uwięzionych w niej bohaterów.

Kolejnym dużym plusem jest odpowiednie tempo. Akcja nie rwie się do przodu, jakby nie mogła doczekać się pierwszego trupa i wielkiej finałowej jatki, a zamiast tego stopniowo odkrywa przed widzem swoje kolejne elementy.

Jak już wspomniałam, prequel scala wydarzenia z oryginałem, wprowadzając widzów w progi norweskiej bazy wraz z wszystkimi jej zagadkami: wielką bryłą lodu, wbitą w drzwi siekierą, spopielonym dwugłowym monstrem i innymi. Cieszy również występowanie konkretnych scen, które dosyć jednoznacznie przywołują na myśl obraz Carpentera. Dodaje to filmowi smaczku i w zgrabny sposób nawiązuje do swojego pierwowzoru, przy czym cały czas zachowuje własną świeżość.

Ową świeżość doskonale podkreślają też efekty specjalne. Bardzo mile mnie zaskoczyło, że spora część z nich została wykonana ręcznie. Z tego samego powodu jednak żałowałam, gdy na scenę wkraczała grafika komputerowa. Tutaj więc taki plus-minus, ale ostatecznie i CGI było na wysokim poziomie. Zresztą pozwoliło wykreować naprawdę paskudne widoki i znacznie mocniej podkreślić nieziemskość obcego.

Do plusów zaliczę również kreację Mary Elizabeth Winstead, która bardzo mi pasowała jako podejrzliwa i rezolutna Amerykanka, przez prawie nikogo nie traktowana poważnie. Sobie zaś zaliczę facepalma, kiedy nie rozpoznałam pana Eko aż do końcowych napisów ujawniających obsadę. A przez cały film drgał mi mój pajęczy zmysł...

Oczywiście, The Thing 2011 ma swoje wady. Przede wszystkim tam, gdzie nie buduje napięcia odpowiednio długimi przystankami, robi to przez jawne rozdzieranie kosmicie paszczy. Idealnie byłoby, gdyby zamiast pokazywać dokładną transformację, podrzucał tylko dźwięki i zostawiał resztę wyobraźni. W pewnych momentach wychodził ten nowoczesny trend do szokowania obrzydlistwem, który średnio mi się podoba. Odrobinę brakowało mi też większego skupienia na elemencie izolacji, odcięcia od świata i braku ratunku. Akcja koncentruje się bardziej wokół walki z obcym niż na psychice uwięzionych bohaterów. Nieufność i skakanie sobie do gardeł występowały, ale życzyłabym sobie ich nieco więcej.

Podsumowując, nowy The Thing spełnił moje oczekiwania, a w pewnych kwestiach nawet je przerósł. Szykowałam się na kolejny film z rzędu "grupa naukowców odkrywa", a dostałam obraz znacznie bardziej przemyślany i znacznie lepiej zrealizowany, w którym czuć ducha starych filmowych zagrywek. Właśnie za ten skok do przeszłości prequel ma u mnie solidne 8/10 :)

Terra stara, ale dalej Nova

Posted: piątek, 30 grudnia 2011 | | Etykiety: , , , , 4 komentarze
Finał Terra Nova już za nami, pora więc na mały rachunek sumienia i zrewidowanie poglądów, o których rozpisałam się tuż po obejrzeniu pilotowego odcinka. Od razu napiszę, że pomimo krytycznego spojrzenia moje stanowisko jest jasne - chcę i będę dalej ten serial oglądać. Pomimo tego, że moje liczne oczekiwania zostały w pewnych aspektach boleśnie zdruzgotane, a zamiast pasjonującej przygody w dżungli pełnej dinozaurów dostałam rodzinną sielankę na tle wielkiej-ale-nie-aż-tak-ważnej tajemnicy, Terra Nova była w stanie zapewnić mi konkretny poziom rozrywki. Rozrywki, która - mówiąc prosto - ma na mnie haka. Science-fiction.

Po obejrzeniu pilota wiedziałam, jakiego serialu spodziewać się w dalszych odcinkach - familijnego, uproszczonego, naiwnego. W dalszym ciągu liczyłam jednak na wielką przygodę, która co tydzień będzie odkrywać przede mną kolejne tajemnice. Pomimo tego, że liczyłam, by bohaterowie posiedli większą emocjonalną głębię i wiarygodność, a fabuła skoncentrowała się wokół trudności i przeciwnościach czyhających na kolonię, ostatecznie musiałam się poddać i przyjąć inny punkt widzenia. Okazało się bowiem, że nawet mimo świadomości uproszczonego i familijnego charakteru tego serialu, nie spodziewałam się, że będzie on uproszczony i familijny aż tak. Cóż, winnego trudno wskazać. Problem jednak w tym, że kimkolwiek by ten winny nie był, niekoniecznie wpasował Terra Novę w aktualne trendy. W efekcie wyszedł serial o olbrzymim potencjale, który został strwoniony na odrabianie lekcji, szlabany i wspólne rodzinne obiadki. Tylko gdyby te lekcje, szlabany i obiadki odbywały się gdzieś w początkach XXI w., pewnie dawno zostawiłabym je daleko za sobą. Ale że dzieją się w prehistorycznej kolonii założonej dzięki przenosinom z dalekiej przyszłości w daleką przeszłość, to ja w zasadzie nie mam pytań. Oglądam dalej i chłonę co tylko się da.

Science-fiction. Nie jestem w stanie oprzeć się urokowi tej konwencji. Samotna osada samotną osadą, ale to samotna osada zaawansowana technologicznie! Codzienne życie nudne jak każde inne - ale z elementami fajnej technologii! Zielony las jest, jak każdy widzi - ale jeżdżą po nim w futurystycznych pojazdach! Strzelają z broni sonicznej, mają medyczne skanery na zawołanie, wiszące w powietrzu ekrany, bojowe pancerze, holograficzne komputery i milion innych smaczków, które dodają kolorytu tej rzeczywistości. I co z tego, że połowa z tych rzeczy może wydawać się sztuczna i umowna, a działanie niektórych przywołuje na twarz raczej śmiech politowania (The Eye i jego mega-prosta obsługa pt. "mówisz-masz"). Akurat się składa, że jestem fanką Star Treka i przeszłam swoje patrząc, jak kapitan Pickard zamawia sobie w replikatorze swoją ukochaną gorącą earl grey. Wyśnione i bzdurne technologie wcale mnie nie odstraszają - pod warunkiem, że umieją wpasować się w przyjętą konwencję i są elementem tła, bez którego spokojnie da się obejść. Jednak w Terra Nova nie zaprzątałam sobie głowy bzdurnościami - wystarczyło, że mogłam obserwować propozycję przyszłości, do której spokojnie mogłam się odnieść. Mieli w końcu tylko odrobinę inne komputery, odrobinę inne technologie medyczne, odrobinę inne pojazdy, odrobinę inne bronie. Wszystko to sprawiało, że z łatwością mogłam odnaleźć się w tym świecie i jednocześnie cieszyć wyobraźnię nowymi, ciekawymi urządzeniami.

Problem za to Terra Nova ma inny. Ponownie wykorzystując porównanie do Star Treka, przytoczę tekst napisany przez mojego kolegę na portalu Serialowa: "Terra Nova", czyli "Star Trek" bez kosmosu. I bez sensu. Moje odczucia są znacznie mniej negatywne, ale w jednym przyznaję Michałowi całkowitą rację - utarte, schematyczne i powtarzające się jak zapętlona piosenka wątki prowadzą ten serial ku nicości. Bardzo bym tego nie chciała, ale trudno nie spojrzeć prawdzie oczy. Tak jak w Star Trekach, gdzie pod koniec każdego odcinka bohaterowie wracają na mostek i kontynuują swoją podroż jak gdyby nigdy nic się nie stało, tak w Terra Nova mamy do czynienia z happy endami i dziecinną wręcz moralnością. Niezależnie od tego, czy zdrajca miał dobre powody, by zdradzać, dawny chłopak wciąż czuje coś do zamężnej teraz bohaterki, a syn nie może wybaczyć ojcu win, odcinki kończą się prawie tak samo, jak się zaczęły. Dramatyczne wydarzenia nie niosą ze sobą żadnych widocznych konsekwencji. Przez 11 odcinków nie zachodzą w bohaterach praktycznie żadne zmiany. Coś rusza się dopiero w dwugodzinnym finale, gdzie autentycznie podjęte są istotne kwestie - miłości, rodziny, zrozumienia, przebaczenia. Niestety, za późno.

Brak powagi bolał mnie przez cały sezon - tak samo jak bolały mnie nieliczne i w większości marnie udane próby jej adresowania. Ten temat został potraktowany strasznie po macoszemu, z czego w efekcie aż ciężko określić Terra Novę jakimś konkretnym przymiotnikiem. Nie wzbudzała zbytnich emocji, nie powodowała, że można było naprawdę przywiązać się do bohaterów, nie serwowała nawet ciekawej akcji na dobrym poziomie, woląc iść okrojonymi i łatwymi ścieżkami przez chowanie jej poza ekranem. Płytkie i schematyczne prowadzenie fabuły skończyło się na tym, że ciężko było wzruszyć się nawet głównym wątkiem fabularnym - zagrożenia z przyszłości. Problemy rozwiązywały się za szybko i praktycznie bez wysiłku, a czasem nawet bez sensu (do dziś nie wiem, w jaki sposób Curren wydostał chorą matkę Skye z obozu Szóstek). Zbyt dużo zapychaczy i miałkich scen rodzinnych odwracało uwagę od całego sensu tego serialu. Słysząc pytanie "o czym jest Terra Nova" musiałabym chwilkę pomyśleć, by nie wprowadzić nieświadomego rozmówcy w błąd. Terra Nova sama nie wie, o czym jest Terra Nova - podtrzymuję to zdanie z jeszcze innego wpisu. I to w zasadzie definiuje cały jej problem.

Jednak w dalszym ciągu mam zamiar oglądać - wręcz mam nadzieję, że informacje o przedłużonych kontraktach dwóch głównych aktorów okażą się potwierdzić zamówienie drugiego sezonu. Liczę przede wszystkim na to, że nowi scenarzyści tchną w ten serial znacznie więcej koloru, bo Terra Nova sama z siebie nie utrzyma się na rynku. Fani science-fiction to w końcu nie tylko wiecznie spragniona, ale wymagająca banda, którą ciężko zadowolić produktem średniej jakości. Mnie przy serialu trzyma mimo wszystko, poza konwencją, historia. W finale sezonu otworzył się nowy interesujący wątek, którzy przy odrobinie pracy ze strony scenarzystów może wiele zmienić. Poza tym, nie powiem, uwielbiam Stephena Langa. Wprawdzie czasem szkoda patrzeć, jak męczy się grając w scenach z o wiele mniej zaangażowanymi aktorami, ale on sam wystarcza, by mnie magnetyzować. Okropnie mi za to szkoda mojej ulubionej bohaterki - nikt już tak jak Wash nie skopie tyłka Szóstkom.

Podsumowując - Terra Nova trąci myszką, bazując na schematach oklepanych już dekadę temu, ale wciąż ma świeży i odważny pomysł, na którym została zbudowana. Mnie, jako patrzącej krytycznym okiem fance pozostaje liczyć, że pomysł ten nabierze wiatru w żagle i zaskoczy nas czymś jeszcze - jak dla Terra Novy - nowszym.